czwartek, 14 marca 2013

Po dłuższej przerwie...

Po dłuższej przerwie, powracam...

Niby nic takiego się nie wydarzyło, ale jednak coś się zadziało.

Zacznę od tego, że od 13.02.2013 (Środa Popielcowa) mam pracę. Udało się i teraz mogę mówić, że zarobiona jestem :) Szczęśliwa (bo mam w końcu robotę), ale zarobiona :D

W lutym, z tym, że pod koniec miesiąca zmienialiśmy mieszkanko. To jest dłuższa akcja, ale pozwolę ją sobie opisać. Docelowo mieliśmy się przenosić 24.02, tj. w niedzielę, bo w sobotę ja pracowałam i po pracy miałam zacząć wielkie pakowanie. Pomoc przeprowadzkowa też była umówiona na niedzielę. Ale od początku...
23.02 (sobota) Łuki miał tylko odebrać klucze. Ale wpadł na pomysł, że zadzwoni do Piotrusia i podpyta, czy dałoby radę przewieźć elektronikę (co z resztą jest słuszne, bo zawsze to "delikatne" sprzęty na spokojnie można by przewieźć). Piotruś się zgodził i się chłopaki na popołudnie umówili. 
Z Wojtkiem mieliśmy się zdzwonić po godzinie 19, żeby dogadać godzinę na niedzielę. 
Ale... 
Jak pisałam, ja w sobotę pracowałam i do 17:15 byłam totalnie poza zasięgiem. Podczas przerwy dostałam smsa, że klucze już mamy. Jak się po pracy przebierałam, to odebrałam kolejnego smsa, że Wojtuś przyjedzie koło 19. 
No... Sobie myślę, ok, dam radę. Wpadnę do domu, zjem kanapkę i zaczynamy się pakować- zawsze to przynajmniej część się spakuje, a resztę w międzyczasie. 
Nie było mi dane zjedzenie kanapki, ponieważ... Wypisuję się na liście obecności, a tu mi nagle telefon dzwoni. Patrzę, a tu Kolega Wojciech i mówi do mnie: A dlaczego Ciebie jeszcze w domu nie ma? Nic nie spakowane, to co My mamy przewozić? 
Jakież było moje zdziwienie... Uwierzcie mi. Oczy zrobiłam na pół twarzy... Zaproponowałam wypicie kawki u nas, ale dostałam informację, że ta już została wypita i chłopaki chcą robić, znaczy przenosić rzeczy...
Ludzie... W te pędy wracałam do domu i tak na prawdę, to pakowanie wyglądało tak: ja wrzucam ubrania do worka, jeszcze go dobrze nie zawiązałam, a ten już wychodził na pakę... Normalnie- K O S M O S.
W taki wariacki sposób do godziny 22 spakowaliśmy wszystko, choć Zuzia stawiała opór i darła się wniebogłosy (wiem przynajmniej, że płucka i gardło ma zdrowe).
O godzinie 23, nowe mieszkanie było zawalone workami i resztą bambetki, traktami komunikacyjnymi były wąskie ścieżynki, które przecinały się pod kontem i prowadziły do kuchenki, na balkon, do łazienki i do wyjścia.
Zgadnijcie, co mi się śniło pierwszej nocy? Miałam proroczy sen- rozpakowywanie tego wszystkiego. Sen się spełnił w niedzielę :P
Najlepiej, że jak wszystkie rzeczy mieliśmy już w mieszkaniu, to padło pytanie: a skąd się nam tyle tego nazbierało? Przecież każde z nas przyjechało z 1 (słownie: jedną) walizą. No przez 3 lata, udało się nagromadzić trochę sprzętu.
Na szczęście przeprowadzkę mamy już za sobą. I co najważniejsze- MAMY BALKON :D

Dzisiaj mamy marzec, a ja się bawię w konspiratora :) Później napiszę szerzej, o co chodzi, bo nie wszyscy mogą teraz wiedzieć :)

                                 Miłego dzionka życzę i nieustającego słoneczka :)