środa, 1 maja 2013

Zaczarowany świat…



Zaczarowany świat…
Zaczarowany, bo raz piękny, a za chwilę przerażający…
Raz przerażający, by za chwilę być pięknym…
Zaczarowany dorożkarz…
Zaczarowany, bo może być każdym…
Każdym, kto jest dobry lub zły…
Każdym, kto jest blisko Ciebie lub daleko…
Kim jest dorożkarz?
Znasz go tylko Ty…
Zaczarowany świat, zaczarowany dorożkarz…
Czy to jawa, czy już sen?
Odwieczna walka, tylko pytanie o co?
Może o lepsze jutro? A może…
Za dużo tych pytań, które można jeszcze mnożyć…
Żyjemy i walczymy…
Po to są marzenia…
Chcemy wierzyć, że zaczarowany świat z zaczarowanym dorożkarzem gdzieś są…
I wiemy, że kiedyś ich odnajdziemy…
A może już odnaleźliśmy?
Zaczarowany świat…
Zaczarowany dorożkarz…

poniedziałek, 8 kwietnia 2013

Udało się... :)

Dzisiejszy wpis będzie radosny :)

Po 16 miesiącach udało mi się dojechać do domu rodzinnego :) 

Moja radość nie tylko spowodowana jest tym, że widziałam się z rodziną (a bardzo się za nią stęskniłam), ale i miałam okazję "nadrobić zaległości towarzyskie" :)

I tak pewnego wieczora miałam okazję poznać osobę, z którą już jakiś czas mam kontakt, ale tylko pisaliśmy do siebie. To znaczy niezupełnie... Kiedyś, kiedyś się widzieliśmy i podobno nawet krzyczałam na tą osobę (czego nie pamiętam :P ), ale tak na prawdę, to nie za wiele utkwiło mi w pamięci z tamtego dnia. 
Niemniej, ku mojej dużej uciesze i jeszcze większemu zdziwieniu, po 12 godzinach w pracy, ta osoba zdecydowała się na spotkanie.
I jak na każdą kobietę, padł i na mnie blady strach... W co ja mam się ubrać :P
Nie stresowałam się tym, że poznam nowego człowieka, choć jestem bardzo nieśmiała, a tym, że nie mam co na siebie włożyć :) Na szczęście było ciemno, więc problem sam się rozwiązał.
Do czego zmierzam? A no do tego, że udało mi się poznać fantastycznego człowieka, a na samo wspomnienia TEGO spotkania mi się micha cieszy :) Dodatkowo, głos zrobił swoje... Rany... Jakby facet książkę telefoniczną czytał, to też bym go słuchała...
Niestety, w dzisiejszych czasach jest już mało takich osób.

Tak sobie myślę, że czasami warto porywać się z motyką na słońce...
Dla mnie, było to bardzo długie i burzliwe 16 miesięcy w życiu. Z drugiej strony, gdybym wiedziała, kiedy znów pojadę do domu, to pewnie do tego spotkania by nie doszło. I mimo, że podczas pobytu w domu było parę przykrych incydentów, to ogólnie wyjazd uważam za bardzo udany.


Mam kalendarz, w którym na każdy miesiąc jest inna sentencja. Na marzec brzmiała ona tak:

Radość z posiadania RODZINY to świadomość,
że kiedy się wraca do domu, ktoś tam na Ciebie czeka.

Mam to szczęście, że moja rodzina daje mi to odczuć, za co jestem im ogromnie wdzięczna.
Po tym wyjeździe, mogę zaryzykować stwierdzenie, że znam trochę rozszerzoną wersję powyższego cytatu.

Radość z posiadania RODZINY i PRZYJACIÓŁ to świadomość,
że kiedy się do nich wraca, ktoś zawsze będzie na Ciebie czekał.


Czego życzę Wam i sobie :)

czwartek, 14 marca 2013

Po dłuższej przerwie...

Po dłuższej przerwie, powracam...

Niby nic takiego się nie wydarzyło, ale jednak coś się zadziało.

Zacznę od tego, że od 13.02.2013 (Środa Popielcowa) mam pracę. Udało się i teraz mogę mówić, że zarobiona jestem :) Szczęśliwa (bo mam w końcu robotę), ale zarobiona :D

W lutym, z tym, że pod koniec miesiąca zmienialiśmy mieszkanko. To jest dłuższa akcja, ale pozwolę ją sobie opisać. Docelowo mieliśmy się przenosić 24.02, tj. w niedzielę, bo w sobotę ja pracowałam i po pracy miałam zacząć wielkie pakowanie. Pomoc przeprowadzkowa też była umówiona na niedzielę. Ale od początku...
23.02 (sobota) Łuki miał tylko odebrać klucze. Ale wpadł na pomysł, że zadzwoni do Piotrusia i podpyta, czy dałoby radę przewieźć elektronikę (co z resztą jest słuszne, bo zawsze to "delikatne" sprzęty na spokojnie można by przewieźć). Piotruś się zgodził i się chłopaki na popołudnie umówili. 
Z Wojtkiem mieliśmy się zdzwonić po godzinie 19, żeby dogadać godzinę na niedzielę. 
Ale... 
Jak pisałam, ja w sobotę pracowałam i do 17:15 byłam totalnie poza zasięgiem. Podczas przerwy dostałam smsa, że klucze już mamy. Jak się po pracy przebierałam, to odebrałam kolejnego smsa, że Wojtuś przyjedzie koło 19. 
No... Sobie myślę, ok, dam radę. Wpadnę do domu, zjem kanapkę i zaczynamy się pakować- zawsze to przynajmniej część się spakuje, a resztę w międzyczasie. 
Nie było mi dane zjedzenie kanapki, ponieważ... Wypisuję się na liście obecności, a tu mi nagle telefon dzwoni. Patrzę, a tu Kolega Wojciech i mówi do mnie: A dlaczego Ciebie jeszcze w domu nie ma? Nic nie spakowane, to co My mamy przewozić? 
Jakież było moje zdziwienie... Uwierzcie mi. Oczy zrobiłam na pół twarzy... Zaproponowałam wypicie kawki u nas, ale dostałam informację, że ta już została wypita i chłopaki chcą robić, znaczy przenosić rzeczy...
Ludzie... W te pędy wracałam do domu i tak na prawdę, to pakowanie wyglądało tak: ja wrzucam ubrania do worka, jeszcze go dobrze nie zawiązałam, a ten już wychodził na pakę... Normalnie- K O S M O S.
W taki wariacki sposób do godziny 22 spakowaliśmy wszystko, choć Zuzia stawiała opór i darła się wniebogłosy (wiem przynajmniej, że płucka i gardło ma zdrowe).
O godzinie 23, nowe mieszkanie było zawalone workami i resztą bambetki, traktami komunikacyjnymi były wąskie ścieżynki, które przecinały się pod kontem i prowadziły do kuchenki, na balkon, do łazienki i do wyjścia.
Zgadnijcie, co mi się śniło pierwszej nocy? Miałam proroczy sen- rozpakowywanie tego wszystkiego. Sen się spełnił w niedzielę :P
Najlepiej, że jak wszystkie rzeczy mieliśmy już w mieszkaniu, to padło pytanie: a skąd się nam tyle tego nazbierało? Przecież każde z nas przyjechało z 1 (słownie: jedną) walizą. No przez 3 lata, udało się nagromadzić trochę sprzętu.
Na szczęście przeprowadzkę mamy już za sobą. I co najważniejsze- MAMY BALKON :D

Dzisiaj mamy marzec, a ja się bawię w konspiratora :) Później napiszę szerzej, o co chodzi, bo nie wszyscy mogą teraz wiedzieć :)

                                 Miłego dzionka życzę i nieustającego słoneczka :)



niedziela, 3 lutego 2013

Czas na złote myśli...

Na początek muszę się do czegoś przyznać... To zabrzmi śmiesznie...

Jak pisałam w ostatnim wpisie, dostałam mam potwierdzoną informację o tym, że dostałam pracę. W najbliższym tygodniu robię badania. Ale najśmieszniejsze w tym wszystkim jest to, że się denerwuję :P
Numer polega na tym, że nie jest to moja pierwsza praca, wiem, na czym będzie polegać, ale się denerwuję, jakbym szła po raz pierwszy do pracy :P Ale dam radę :)

Mimo powyższego, właściwy wpis dopiero nastąpi...

Kilka ostatnich dni uświadomiło mi, że w gruncie rzeczy, w tym całym zakichanym pędzie, czasami zapominamy o sprawach najważniejszych i podstawowych zarazem... Jak pisałam wcześniej, ostatnie dni, to w moim życiu rewolta i korrida w jednym, także na brak wrażeniń nie mogę narzekać.
Odkąd doszło do mnie, że mam szansę na odrobinę normalności w życiu (rozumiem przez to fakt, że nie będę musiała się zastanawiać, za co przeżyć do następnego 1-go), odkryłam jeszcze jedną, ale ważną rzecz.

Śmiem twierdzić, że jestem najbogatszym człowiekiem na ziemi. Mimo, że nie mam własnego mieszkania, domu i wypchanego portfela, to jestem bardzo bogata.
Mam wspaniałą rodzinę i kogoś ważnego dla mnie, kogoś, kogo kocham.
Niby coś zwykłego, a jednak nie do końca. Niezwykłe i wspaniałe jest to, że mimo różnic w poglądach i podejściu do pewnych spraw, trzymamy się razem, wspieramy się i staramy pomóc w miarę możliwości. Jednym słowem jesteśmy ze sobą na dobre i na złe.

Pamiętajcie, że często to, za czym gonimy, przesłania nam sprawy ważne, jeśli nie najważniejsze.
Często masz skarb jest najbliżej nas, choć tego nie widzimy.
W tym całym pośpiechu, zatrzymajmy się i przyjrzyjmy się, czy nie gonimy za pozornym szczęściem?

Dla Moich Skarbów i Przyjaciół, przez duże "P,
dla wszystkich razem


 i każdego z osobna

środa, 30 stycznia 2013

Dawno, dawno temu...

Nazbierało się kilka dni zaległości, ale warto było czekać...

Przez tych kilka dni, kiedy mnie nie było, usilnie próbowałam znaleźć pracę, rozwijać się intelektualnie i towarzysko... A tak na serio, to szukałam pracy, a w ramach relaksu znowu wpadłam w ramiona Joanny Chmielewskiej.
"Lesio" jest obecnie wałkowany, ku mojej radości, a przerażeniu Łukasza, bo co kilka chwil się chichram do książki :)

Ostatnie dni, były dla mnie dość... Emocjonujące...
Raz, że mogłam się sprawdzić jako ciotka, to znaczy dotrzymywałam Bartkowi towarzystwa. Żeby nie było, Bubuś ciotkę tolerował, i nawet wytrzymywał moją obecność :)


Czwartek obfitował w emocje, a raczej w ich siłę, ale mniejsza z tym. Najważniejsze, że wszystko dobrze się skończyło, a Bubuś przespał prawie całą "atrakcję".

Poniedziałek był szalony, a to w pewnym sensie też zasługa Bubusia, a raczej kobitki ze żłobka i służby zdrowia.
Z tego dnia wyciągnęłam następujące wnioski: półtora roczny chłopczyk + 400 ml Kubusia = (nie ma bata) Pampers tego nie ogarnia :) Zaczął przeciekać :P
W tym dniu też dostałam informację, że dostałam pracę - i jak tu się nie cieszyć?

Wczoraj świętowałam swoje urodzinki- nie zdradzę które, uzgodnijmy, że 18 ;) Dośpiewajcie sobie resztę :P

niedziela, 20 stycznia 2013

IPSC LAA- relacja

Moi Drodzy,
tydzień temu odbyło się pierwsze spotkanie w związku z próbą uruchomienia IPSC LAA, czyli mój substytut "krzaków".



Relację ze spotkania czas popełnić…

Lojalnie uprzedzam, będzie bardzo subiektywna, a na domiar złego, popełniona przez kobitkę, a co za tym idzie, widziana moim, babskim okiem…

Nastał ten długo wyczekiwany dzień… Niedziela, 13 stycznia 2012. Była piękna, słoneczna pogoda, nie licząc tego padającego śniegu, wiejącego wiatru i zimna, które przenikało wszelkie możliwe warstwy… Ale my się nie poddamy i ruszamy na miejsce, czyli do Młyna Sułkowickiego.
Po przybyciu, okazało się, że już część chętnych czekała, ale jeszcze kilka chwil nam zostało, więc czekamy… Co chwilę ktoś dochodził, aż w końcu zebrało się nas 11 osób plus ja, Wasz nadworny kronikarz. Oczywiście kilka chwil na poznanie, wymiana zdań, uwag, gadka o wszystkim, czyli o niczym. Mieliśmy jeszcze kilka chwil, Panowie wyciągają kanapki i zaczyna się piknik J Brakowało jeszcze jakiegoś ogniska, albo choć koksownika, żeby się troszkę ogrzać, ale i bez tego daliśmy radę, a humory nas nie opuściły.

Nadeszła właściwa pora i wchodzimy do Areny. Mamo… Po kilku chwilach stania na zimnie, wejście na drugie piętro stanowiło wyczyn, który już zasługiwał na uznanie i oklaski. Wszyscy okazali się dzielni, silni i zahartowani i oczywiście wdrapali się na wysokości. Kolejny etap, to przejście przez labirynt już w samej Arenie. Nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy nie urządzili sobie małej wycieczki krajoznawczej- znaczy część grupy lekko zbłądziła, ale szybko się odnaleźliśmy i dołączyliśmy do czoła peletonu.
Wskazano nam szatnię, w której można było się przygotować, zostawić zbędne rzeczy. Jeszcze kilka chwil ogólnego chaosu i zaraz się zacznie…

Dosłownie po kilku minutach, kiedy wszyscy już byli zwarci, silni i gotowi, zebraliśmy się w przejściu i się zaczęło.
Na pierwszy ogień poszły przepisy. Oczywiście nie czytaliśmy ich na spotkaniu, tylko były omawiane. Padały różne pytania i odpowiedzi na nie. Fajnie, bo tak naprawdę zrobiła się burza mózgów i można było spokojnie wyjaśniać wszelkie wątpliwości.
(Japońscy turyści dotarli i tu- zdjęcia robione były i to w ilościach hurtowych ;) ).
Po suchych przepisach przyszedł czas na macani J Ups… Pardon… Na oglądanie i omawianie sprzętu, a także jak ktoś chciał, to mógł potrzymać replikę „sąsiada”. To zajęło kilka minut, ale i tu również była burza mózgów, wymiana doświadczeń i porad w stylu „co?”, „gdzie?”, „kiedy?”.
(W tej części japońscy turyści znów się uaktywnili i aparaty poszły w ruch.)
Część teoretyczną mamy już za sobą, ale mały niedosyt wciąż w nas drzemie… Decyzją większości, przechodzimy do praktyki. No może praktyka, to za duże słowa, ale jak już się ma repliki, które są gotowe do działania, to grzechem by było nie użycie ich.
Mija chwila i tarcze już zostały poprzypinane. Zaczynamy właściwą zabawę. Jeszcze tylko kilka słów wyjaśnienia i się zaczyna… Padają komendy i poszli… Pierwszy „start” był często stopowany, ale chodziło o to, żeby wytłumaczyć, za co sędzia może „dać po łapach”. Potem już szło płynnie i non stop coś się działo.
Po kilku przejściach pierwszego toru, został zmieniony tor i znów zabawa szła w najlepsze. Wszyscy szczęśliwi i zadowoleni.
Jedyny minus, a raczej nie minus, tylko problem techniczny, nad rozwiązaniem którego trzeba jeszcze pomyśleć, to zachowanie replik na green gas. Niestety, jak na wstępie pisałam, było dość zimno i  replikom chłód nie służył. Dokładniej, gaz się ich nie trzymał i to trochę bardzo skróciło zabawę. Niemniej… Coś się wymyśli…

Na zakończenie napiszę tak:
I ja tam byłam… Marzłam i zdjęcia robiłam…

P.S. Poniżej filmik mojego autorstwa :)

 

piątek, 18 stycznia 2013

Dzisiaj będzie krótko, bo...

Moi drodzy parafianie...

Dzisiaj będzie mało czytania, bo czeka na mnie "Lesio" Joanny Chmielewskiej :) Książka będzie czytana po raz enty, ale już się nie mogę doczekać :)

Dzisiaj szwendałam się po sieci i trafiłam na pewien świetny, rewelacyjny, oryginalny, niesamowity kawałek. Na Demotywatory.pl ten kawałek został opisany tak:

Majestatyczne piękno
Gdy zachwyt wyrażany jest milczeniem w przeszywających ciało ciarkach.

Oceńcie go sami:

Ja słuchałam tego prawie na bezdechu i jestem tym kawałkiem oczarowana :)

A tak z innej beczki, to czy oglądaliście wczorajszy mecz piłkarzy ręcznych na Mistrzostwach Świata Polska - Serbia, który zakończył się wynikiem 25 : 24 ?
Mecz, to horror dla ludzi o mocnych nerwach. Ale zakończenie... Zaraz sami zobaczycie, ale zanim, to podzielę się pewnym spostrzeżeniem :)
Powstają nowe jednostki czasu. Do niedawna mieliśmy 1 Wenta = 15 sekund.
Od wczoraj mamy: 1 Biegler = 3 sekundy.
A ostatnia akcja wyglądała tak:

Dla przypomnienia 1 Wenta :

I co? Nie jest podobnie? :)

wtorek, 15 stycznia 2013

Nadrabiam zaległości...

Nadrabiam, nadrabiam, bo się troszkę nazbierało :)

Zacznę od już znanych nam tematów.

Justyna Kowalczyk- w sumie bez zmian... Dalej w wysokiej formie i zdobywa kolejne punkty w klasyfikacji generalnej Pucharu Świata.Obecnie ma 450 punktów przewagi nad drugą w klasyfikacji Therese Johaug.
Od najbliższego weekendu powraca Marit Bjoergen. Jak mawia Jurek Owsiak- Oj będzie się działo :)

Kolejny temat: piłka ręczna i trwające już Mistrzostwa Świata. Polska reprezentacja zajmuje 2 m-ce w grupie i dziś zagra swoje 3-cie spotkanie ze Słowenią, która jest na pierwszym miejscu w grupie.

To wiadomości sportowe mamy już za sobą, a teraz czas na chwalenie się...

Dzisiaj miałam rozmowę w sprawie pracy (ale to nie powód do chwalenia :P ). Co jest ważne, to to, że rozmowa ta odbyła się w miejscu, do którego żeby się dostać tramwajem, przejeżdża się koło Skarbusia.
Tu pojawia się pytanie: kim jest Skarbuś? Już odpowiadam, choć trochę na okrętkę... Ma on ok. 25-30 cm wzrostu, jest jednokolorowy i ten konkretny dżentelmen, siedzi na stale na filarze Urzędu Skarbowego :)
A wygląda tak:


I wyjawiłam, moją kolejną "pasję", czyli uskuteczniam, wraz z moją męską połową, polowanie na krasnoludki. :)

piątek, 11 stycznia 2013

Czas na książkę...

No i obnażę swoją następną pasję. Są nią książki. 
Ale żeby nie było... 
Molem książkowym stałam się dopiero w momencie, kiedy nie musiałam nic czytać, czyli całkiem niedawno.
Miałam zacząć od "Lesia" Joanny Chmielewskiej, ale stwierdziłam, że jego zostawię sobie na deser... Dlaczego "Lesio"? A no dlatego, że to od niego zaczęła się moja fascynacja książkami p. Chmielewskiej. Ogólnie "Lesio" jest jedyną książką w swoim rodzaju, po przeczytaniu której bolał mnie brzuch- ze śmiechu, ale dzisiaj nie o nim. 
Dziś będzie wątek mafijny, konny, no i oczywiście morderstwo musi być. Książką, którą szczerze polecę są "Wyścigi", oczywiście autorstwa Joanny Chmielewskiej.
Długo się zastanawiałam, co mam napisać o tej książce, aż całkiem niechcący natknęłam się na poniższy opis:


                                                            

"Bomba poszła w górę! Konie wystartowały

Mowa oczywiście o wyścigach konnych na warszawskim Służewcu. Tym razem jednak autorka rozpoczyna swój kolejny zabawny kryminał nie od gonitw, lecz od zamordowania dżokeja na torze wyścigów konnych. Osobą, która jako pierwsza odnajduje ciało jest Joanna i oczywiście niemalże z miejsca rozpoczyna prywatne śledztwo. Informacją dzieli się między innymi z zaprzyjaźnionym Mieciem co tego ostatniego wprawia w nieokiełzany popłoch i nadmierne użytkowanie alkoholu.

Na wyścigach zaczynają dziać się rzeczy, które nie śniły się filozofom. Kolejne gonitwy przeplatają się ze śledztwem Joanny, tym razem w roli policyjnej wtyczki, dziwnie milczący Miecio staje się ofiarą napaści typa z pod ciemnej gwiazdy, wśród dżokei i trenerów panuje zmowa milczenia a na służewieckim torze wygrywają konie, które obstawić mógłby tylko ktoś niezrównoważony psychicznie.

Jakby tego wszystkiego było mało konie lecą, gonitwa goni gonitwę a bomba podróżuje w górę z szybkością światła

Początek książki przyprawia o zawrót głowy, czytelnik musi opanować specyfikę służewieckiego żargonu: tripla, kwinta, ściana, porządek, gra górą, dołem, chowanie konia, gra trzech koni w kółko czy też w trójkąt i tego typu rzeczy. Chmielewska pisze lekko i z wdziękiem, więc szybko opanowujemy sytuację dając się wciągnąć w świat hazardu. Bo tu się gra, wygrywa i przegrywa. I do tego jeszcze te barwne i zabawne historie o Sacramento, Wielkiej Pardubickiej, i kocie w stajennych barwach dodatkowo ubarwiają i tak osobliwy dla
większości z nas świat wyścigów konnych.

W tym czasie śledztwo bynajmniej nie stoi w miejscu

Jak grzyby po deszczu na jaw wychodzą kolejne fakty. Kto bowiem wiedział o fakcie, że to dżokej Derczyk nie żyje i kto dzięki temu wygrał obstawiając konie na których tenże nie pojechał?

Co w związku z tym całym zamieszaniem ma wspólnego niejaki Zawiejczyk, który wkrótce również staje się ofiarą. Czy wyjdzie on z opresji obronną ręką? Jakim cudem Joanna staje się informatorem i kluczową postacią w śledztwie? Kim jest ów tajemniczy Bazyli,
którego boją się nawet konie i który rządzi co gorsza łomżyńską mafią?

A kim jest ta cała łomżyńska mafia?

Policja może tylko biernie obserwować rozwój akcji a wszyscy zainteresowani milczą jak zaklęci. Jednak krok po kroku sprawa zaczyna się klarować, wśród koni, dżokejów i trenerów zaczyna panować zrozumienie, zmowa milczenia opada, strach odchodzi a wszystko to między innymi z pomocą czujnego oka i znajomej dziewczyny z wyścigów. Wielką rolę odegra tu intelekt, a może nieoceniony instynkt Joanny, pewien czarny notes i nieoczekiwana pomoc jednej ciotki.

Czytać czy nie czytać?

Mam takie wrażenie, że ta książka to coś w rodzaju poradnika jak grać i o co w tym chodzi. Jednakże „Wyścigi” czyta się niezwykle łatwo i przyjemnie. Joanna Chmielewska to autorka, która potrafi w sposób niezwykły nie tylko zagmatwać każdą opowieść. Potrafi też rozbudzić ciekawość czytelnika. Robi to tak perfekcyjnie, że zaraz po skończeniu lektury ma się ochotę pobiec na wyścigi i przeżyć te emocje, które przeżywają bohaterowie książki i zobaczyć wyścigi konne na własne oczy. Gorąco polecam."


Autorem powyższego opisu jest Marek Bachorski-Rudnicki, a opis pochodzi ze strony wiadomości24.pl