środa, 30 stycznia 2013

Dawno, dawno temu...

Nazbierało się kilka dni zaległości, ale warto było czekać...

Przez tych kilka dni, kiedy mnie nie było, usilnie próbowałam znaleźć pracę, rozwijać się intelektualnie i towarzysko... A tak na serio, to szukałam pracy, a w ramach relaksu znowu wpadłam w ramiona Joanny Chmielewskiej.
"Lesio" jest obecnie wałkowany, ku mojej radości, a przerażeniu Łukasza, bo co kilka chwil się chichram do książki :)

Ostatnie dni, były dla mnie dość... Emocjonujące...
Raz, że mogłam się sprawdzić jako ciotka, to znaczy dotrzymywałam Bartkowi towarzystwa. Żeby nie było, Bubuś ciotkę tolerował, i nawet wytrzymywał moją obecność :)


Czwartek obfitował w emocje, a raczej w ich siłę, ale mniejsza z tym. Najważniejsze, że wszystko dobrze się skończyło, a Bubuś przespał prawie całą "atrakcję".

Poniedziałek był szalony, a to w pewnym sensie też zasługa Bubusia, a raczej kobitki ze żłobka i służby zdrowia.
Z tego dnia wyciągnęłam następujące wnioski: półtora roczny chłopczyk + 400 ml Kubusia = (nie ma bata) Pampers tego nie ogarnia :) Zaczął przeciekać :P
W tym dniu też dostałam informację, że dostałam pracę - i jak tu się nie cieszyć?

Wczoraj świętowałam swoje urodzinki- nie zdradzę które, uzgodnijmy, że 18 ;) Dośpiewajcie sobie resztę :P

niedziela, 20 stycznia 2013

IPSC LAA- relacja

Moi Drodzy,
tydzień temu odbyło się pierwsze spotkanie w związku z próbą uruchomienia IPSC LAA, czyli mój substytut "krzaków".



Relację ze spotkania czas popełnić…

Lojalnie uprzedzam, będzie bardzo subiektywna, a na domiar złego, popełniona przez kobitkę, a co za tym idzie, widziana moim, babskim okiem…

Nastał ten długo wyczekiwany dzień… Niedziela, 13 stycznia 2012. Była piękna, słoneczna pogoda, nie licząc tego padającego śniegu, wiejącego wiatru i zimna, które przenikało wszelkie możliwe warstwy… Ale my się nie poddamy i ruszamy na miejsce, czyli do Młyna Sułkowickiego.
Po przybyciu, okazało się, że już część chętnych czekała, ale jeszcze kilka chwil nam zostało, więc czekamy… Co chwilę ktoś dochodził, aż w końcu zebrało się nas 11 osób plus ja, Wasz nadworny kronikarz. Oczywiście kilka chwil na poznanie, wymiana zdań, uwag, gadka o wszystkim, czyli o niczym. Mieliśmy jeszcze kilka chwil, Panowie wyciągają kanapki i zaczyna się piknik J Brakowało jeszcze jakiegoś ogniska, albo choć koksownika, żeby się troszkę ogrzać, ale i bez tego daliśmy radę, a humory nas nie opuściły.

Nadeszła właściwa pora i wchodzimy do Areny. Mamo… Po kilku chwilach stania na zimnie, wejście na drugie piętro stanowiło wyczyn, który już zasługiwał na uznanie i oklaski. Wszyscy okazali się dzielni, silni i zahartowani i oczywiście wdrapali się na wysokości. Kolejny etap, to przejście przez labirynt już w samej Arenie. Nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy nie urządzili sobie małej wycieczki krajoznawczej- znaczy część grupy lekko zbłądziła, ale szybko się odnaleźliśmy i dołączyliśmy do czoła peletonu.
Wskazano nam szatnię, w której można było się przygotować, zostawić zbędne rzeczy. Jeszcze kilka chwil ogólnego chaosu i zaraz się zacznie…

Dosłownie po kilku minutach, kiedy wszyscy już byli zwarci, silni i gotowi, zebraliśmy się w przejściu i się zaczęło.
Na pierwszy ogień poszły przepisy. Oczywiście nie czytaliśmy ich na spotkaniu, tylko były omawiane. Padały różne pytania i odpowiedzi na nie. Fajnie, bo tak naprawdę zrobiła się burza mózgów i można było spokojnie wyjaśniać wszelkie wątpliwości.
(Japońscy turyści dotarli i tu- zdjęcia robione były i to w ilościach hurtowych ;) ).
Po suchych przepisach przyszedł czas na macani J Ups… Pardon… Na oglądanie i omawianie sprzętu, a także jak ktoś chciał, to mógł potrzymać replikę „sąsiada”. To zajęło kilka minut, ale i tu również była burza mózgów, wymiana doświadczeń i porad w stylu „co?”, „gdzie?”, „kiedy?”.
(W tej części japońscy turyści znów się uaktywnili i aparaty poszły w ruch.)
Część teoretyczną mamy już za sobą, ale mały niedosyt wciąż w nas drzemie… Decyzją większości, przechodzimy do praktyki. No może praktyka, to za duże słowa, ale jak już się ma repliki, które są gotowe do działania, to grzechem by było nie użycie ich.
Mija chwila i tarcze już zostały poprzypinane. Zaczynamy właściwą zabawę. Jeszcze tylko kilka słów wyjaśnienia i się zaczyna… Padają komendy i poszli… Pierwszy „start” był często stopowany, ale chodziło o to, żeby wytłumaczyć, za co sędzia może „dać po łapach”. Potem już szło płynnie i non stop coś się działo.
Po kilku przejściach pierwszego toru, został zmieniony tor i znów zabawa szła w najlepsze. Wszyscy szczęśliwi i zadowoleni.
Jedyny minus, a raczej nie minus, tylko problem techniczny, nad rozwiązaniem którego trzeba jeszcze pomyśleć, to zachowanie replik na green gas. Niestety, jak na wstępie pisałam, było dość zimno i  replikom chłód nie służył. Dokładniej, gaz się ich nie trzymał i to trochę bardzo skróciło zabawę. Niemniej… Coś się wymyśli…

Na zakończenie napiszę tak:
I ja tam byłam… Marzłam i zdjęcia robiłam…

P.S. Poniżej filmik mojego autorstwa :)

 

piątek, 18 stycznia 2013

Dzisiaj będzie krótko, bo...

Moi drodzy parafianie...

Dzisiaj będzie mało czytania, bo czeka na mnie "Lesio" Joanny Chmielewskiej :) Książka będzie czytana po raz enty, ale już się nie mogę doczekać :)

Dzisiaj szwendałam się po sieci i trafiłam na pewien świetny, rewelacyjny, oryginalny, niesamowity kawałek. Na Demotywatory.pl ten kawałek został opisany tak:

Majestatyczne piękno
Gdy zachwyt wyrażany jest milczeniem w przeszywających ciało ciarkach.

Oceńcie go sami:

Ja słuchałam tego prawie na bezdechu i jestem tym kawałkiem oczarowana :)

A tak z innej beczki, to czy oglądaliście wczorajszy mecz piłkarzy ręcznych na Mistrzostwach Świata Polska - Serbia, który zakończył się wynikiem 25 : 24 ?
Mecz, to horror dla ludzi o mocnych nerwach. Ale zakończenie... Zaraz sami zobaczycie, ale zanim, to podzielę się pewnym spostrzeżeniem :)
Powstają nowe jednostki czasu. Do niedawna mieliśmy 1 Wenta = 15 sekund.
Od wczoraj mamy: 1 Biegler = 3 sekundy.
A ostatnia akcja wyglądała tak:

Dla przypomnienia 1 Wenta :

I co? Nie jest podobnie? :)

wtorek, 15 stycznia 2013

Nadrabiam zaległości...

Nadrabiam, nadrabiam, bo się troszkę nazbierało :)

Zacznę od już znanych nam tematów.

Justyna Kowalczyk- w sumie bez zmian... Dalej w wysokiej formie i zdobywa kolejne punkty w klasyfikacji generalnej Pucharu Świata.Obecnie ma 450 punktów przewagi nad drugą w klasyfikacji Therese Johaug.
Od najbliższego weekendu powraca Marit Bjoergen. Jak mawia Jurek Owsiak- Oj będzie się działo :)

Kolejny temat: piłka ręczna i trwające już Mistrzostwa Świata. Polska reprezentacja zajmuje 2 m-ce w grupie i dziś zagra swoje 3-cie spotkanie ze Słowenią, która jest na pierwszym miejscu w grupie.

To wiadomości sportowe mamy już za sobą, a teraz czas na chwalenie się...

Dzisiaj miałam rozmowę w sprawie pracy (ale to nie powód do chwalenia :P ). Co jest ważne, to to, że rozmowa ta odbyła się w miejscu, do którego żeby się dostać tramwajem, przejeżdża się koło Skarbusia.
Tu pojawia się pytanie: kim jest Skarbuś? Już odpowiadam, choć trochę na okrętkę... Ma on ok. 25-30 cm wzrostu, jest jednokolorowy i ten konkretny dżentelmen, siedzi na stale na filarze Urzędu Skarbowego :)
A wygląda tak:


I wyjawiłam, moją kolejną "pasję", czyli uskuteczniam, wraz z moją męską połową, polowanie na krasnoludki. :)

piątek, 11 stycznia 2013

Czas na książkę...

No i obnażę swoją następną pasję. Są nią książki. 
Ale żeby nie było... 
Molem książkowym stałam się dopiero w momencie, kiedy nie musiałam nic czytać, czyli całkiem niedawno.
Miałam zacząć od "Lesia" Joanny Chmielewskiej, ale stwierdziłam, że jego zostawię sobie na deser... Dlaczego "Lesio"? A no dlatego, że to od niego zaczęła się moja fascynacja książkami p. Chmielewskiej. Ogólnie "Lesio" jest jedyną książką w swoim rodzaju, po przeczytaniu której bolał mnie brzuch- ze śmiechu, ale dzisiaj nie o nim. 
Dziś będzie wątek mafijny, konny, no i oczywiście morderstwo musi być. Książką, którą szczerze polecę są "Wyścigi", oczywiście autorstwa Joanny Chmielewskiej.
Długo się zastanawiałam, co mam napisać o tej książce, aż całkiem niechcący natknęłam się na poniższy opis:


                                                            

"Bomba poszła w górę! Konie wystartowały

Mowa oczywiście o wyścigach konnych na warszawskim Służewcu. Tym razem jednak autorka rozpoczyna swój kolejny zabawny kryminał nie od gonitw, lecz od zamordowania dżokeja na torze wyścigów konnych. Osobą, która jako pierwsza odnajduje ciało jest Joanna i oczywiście niemalże z miejsca rozpoczyna prywatne śledztwo. Informacją dzieli się między innymi z zaprzyjaźnionym Mieciem co tego ostatniego wprawia w nieokiełzany popłoch i nadmierne użytkowanie alkoholu.

Na wyścigach zaczynają dziać się rzeczy, które nie śniły się filozofom. Kolejne gonitwy przeplatają się ze śledztwem Joanny, tym razem w roli policyjnej wtyczki, dziwnie milczący Miecio staje się ofiarą napaści typa z pod ciemnej gwiazdy, wśród dżokei i trenerów panuje zmowa milczenia a na służewieckim torze wygrywają konie, które obstawić mógłby tylko ktoś niezrównoważony psychicznie.

Jakby tego wszystkiego było mało konie lecą, gonitwa goni gonitwę a bomba podróżuje w górę z szybkością światła

Początek książki przyprawia o zawrót głowy, czytelnik musi opanować specyfikę służewieckiego żargonu: tripla, kwinta, ściana, porządek, gra górą, dołem, chowanie konia, gra trzech koni w kółko czy też w trójkąt i tego typu rzeczy. Chmielewska pisze lekko i z wdziękiem, więc szybko opanowujemy sytuację dając się wciągnąć w świat hazardu. Bo tu się gra, wygrywa i przegrywa. I do tego jeszcze te barwne i zabawne historie o Sacramento, Wielkiej Pardubickiej, i kocie w stajennych barwach dodatkowo ubarwiają i tak osobliwy dla
większości z nas świat wyścigów konnych.

W tym czasie śledztwo bynajmniej nie stoi w miejscu

Jak grzyby po deszczu na jaw wychodzą kolejne fakty. Kto bowiem wiedział o fakcie, że to dżokej Derczyk nie żyje i kto dzięki temu wygrał obstawiając konie na których tenże nie pojechał?

Co w związku z tym całym zamieszaniem ma wspólnego niejaki Zawiejczyk, który wkrótce również staje się ofiarą. Czy wyjdzie on z opresji obronną ręką? Jakim cudem Joanna staje się informatorem i kluczową postacią w śledztwie? Kim jest ów tajemniczy Bazyli,
którego boją się nawet konie i który rządzi co gorsza łomżyńską mafią?

A kim jest ta cała łomżyńska mafia?

Policja może tylko biernie obserwować rozwój akcji a wszyscy zainteresowani milczą jak zaklęci. Jednak krok po kroku sprawa zaczyna się klarować, wśród koni, dżokejów i trenerów zaczyna panować zrozumienie, zmowa milczenia opada, strach odchodzi a wszystko to między innymi z pomocą czujnego oka i znajomej dziewczyny z wyścigów. Wielką rolę odegra tu intelekt, a może nieoceniony instynkt Joanny, pewien czarny notes i nieoczekiwana pomoc jednej ciotki.

Czytać czy nie czytać?

Mam takie wrażenie, że ta książka to coś w rodzaju poradnika jak grać i o co w tym chodzi. Jednakże „Wyścigi” czyta się niezwykle łatwo i przyjemnie. Joanna Chmielewska to autorka, która potrafi w sposób niezwykły nie tylko zagmatwać każdą opowieść. Potrafi też rozbudzić ciekawość czytelnika. Robi to tak perfekcyjnie, że zaraz po skończeniu lektury ma się ochotę pobiec na wyścigi i przeżyć te emocje, które przeżywają bohaterowie książki i zobaczyć wyścigi konne na własne oczy. Gorąco polecam."


Autorem powyższego opisu jest Marek Bachorski-Rudnicki, a opis pochodzi ze strony wiadomości24.pl